Autorgo.admin

Udostępnij artykuł:

Moje objawy zaczęły się w szóstej klasie szkoły podstawowej. Pod wpływem osamotnienia próbowałam znaleźć ukojenie w internecie, przez co trafiłam na strony, gdzie promowana jest anoreksja. Zaczęłam się głodzić i stosować różne formy autoagresji. Stałam się swoim największym hejterem, obrażałam się w myślach, mówiłam sobie najgorsze rzeczy. Ogromny wpływ na to miała też moja szkoła, a zwłaszcza klasa, którą dziś określiłabym jako toksyczne środowisko. Byłam prześladowana przez rówieśników i nie tylko. Doświadczyłam zarówno przemocy psychicznej, jak i fizycznej, seksualnej. Przychodzenie do szkoły było cierpieniem, zaczęłam wagarować, szło mi coraz gorzej w nauce. Nie z lenistwa, ale ze strachu i zmęczenia. Zgłaszałam nękanie, ale radzono mi, żebym się tym „nie przejmowała”. Nikt nie ponosił konsekwencji swojego zachowania, za to ja dostałam łatkę „kapusia”. Za „donoszenie” chłopcy z klasy zemścili się, wsypując mi do rękawów kurtki i butów masę śniegu. Pamiętam, jak wracałam cała przemoczona i zziębnięta do domu. Bezradna.

Coraz bardziej zamykałam się w sobie. Czułam, że dla wszystkich jestem tylko problemem i ciężarem. Jednocześnie chciałam, by ktoś przy mnie był, a później koniec końców, odpychałam od siebie ludzi. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale z czasem przywykłam do tego cierpienia. Ten stan dawał mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie potrafiłam tego zmienić.

Czytałam o depresji, ale nie umiałam przyznać, że być może jestem chora. Odpychałam te myśli. Tłumaczyłam sobie, że nie jest tak źle – przecież mam dom, jedzenie, ubrania. Ciągle się porównywałam, miałam wrażenie, że wyolbrzymiam, bo inni mają gorzej.

Pod koniec gimnazjum postanowiłam sobie, że mimo „średnich” ocen dostanę się do najlepszego liceum w województwie, które znajdowało się na drugim końcu miasta. To miał być nowy start. Problem w tym, że można zmienić środowisko, ale nie tak łatwo wymazać te wszystkie wspomnienia i zadane mi ciosy.  W nowej szkole nic się nie zmieniło. Zamiast kolegów, moim prześladowcą stał się nauczyciel. 

Miałam jedno miejsce, gdzie czułam się bezpiecznie. To była osiedlowa świetlica, w której byłam wolontariuszką. Zwierzyłam się opiekunce, że jest ze mną źle i nie widzę już sensu życia. Zareagowała. Umówiła mnie z psychologiem, jednak spanikowałam i nie zamierzałam na nie przyjść. Wieczorem przed zaplanowanym dniem, napisałam do poznanej w sieci koleżanki, że to koniec i mam zamiar odebrać sobie życie. W rozpaczy szukałam ostatniej deski ratunku, bo wcale nie chciałam umierać. Koleżanka napisała o tym na jakiejś grupie, a inna osoba z tej grupy zawiadomiła policję. Wiadomość przeszła przez pół Polski, aż dotarła do komendy w moim mieście. Spanikowałam jeszcze bardziej, że skoro wszyscy już wiedzą, to teraz muszę dokończyć ten plan. Po powrocie ze szkoły czekałam, aż zostanę w domu sama. Nagle jednak policja zaczęła dobijać się do drzwi. Weszli, zaczęli ze mną rozmawiać i zadzwonili po karetkę. Zdążyli.

Problemy ze zdrowiem psychicznym leczy się tak, jak inne choroby

W szpitalu psychiatrycznym zostałam na obserwacji przez dwa tygodnie. To był pierwszy moment, gdy uzmysłowiłam sobie, że problemy ze zdrowiem psychicznym leczy się tak, jak inne choroby. Pierwszy raz poczułam nadzieję, że moje życie się zmieni. Poznałam tam osoby z podobnymi doświadczeniami, bardzo wspieraliśmy się na oddziale.

Pięć lat temu zaczęłam leczenie psychiatryczne, ale to nie był koniec.

Niedługo później zaczęłam bardzo imprezować, by zyskać akceptację u rówieśników. To byli jedyni ludzie, którzy chcieli spędzać ze mną czas. Dostosowywałam się do nich, żeby nie być całkiem sama. Robiłam rzeczy, które były wbrew mnie. 

Tym razem niestety skończyło się to próbą samobójczą. Pobiegłam do mamy i wyznałam, co zrobiłam. Pojechałyśmy na SOR. 

Po tym zdarzeniu postanowiłam przejść na nauczanie indywidualne, nie dałam rady połączyć szkoły i zdrowienia (nie ma w tym nic złego!).

Skupiłam się na sobie i rozwiązaniu problemów. Bardzo pomogło mi też to, że zaczęłam działać na rzecz normalizacji zdrowia psychicznego. W efekcie dołączyłam do Nastoletniego Azylu. Mimo że dzielą nas setki kilometrów, zaprzyjaźniłam się z Angeliką i Agnieszką. Czuję, że razem pomagamy takim osobom, jak my. 

Smutek to nie to samo co depresja

Z perspektywy czasu myślę, że zabrakło mi tego, by ktoś mnie usłyszał. Wysłuchać to nie to samo co usłyszeć. Czuję żal, gdy wspominam tę Weronikę, sprzed dziesięciu lat. Większość wychodziła z założenia, że moje wagary wynikają z lenistwa. Nie zainteresowali się tym, co naprawdę się ze mną dzieje. Nie pomagało mi, gdy ktoś mówił: „inni mają gorzej”, „wyolbrzymiasz”, „ja też czasem jestem smutny”. Smutek to nie to samo co depresja. To emocja. Jeśli trwa ona ciągle, ponad kilka tygodni i zaczyna nam utrudniać funkcjonowanie, to znak, że trzeba sięgnąć po pomoc. Chciałam, by ktoś mi powiedział, że jestem dla niego ważna, wartościowa, że zasługuję na miłość i pomoc. 

Dzięki swojej waleczności i odwadze zaczęłam terapię, podczas której pracuję nad wewnętrznym krytykiem, traumami, zaburzeniami poznawczymi. Nauczyłam się, jak oswoić swoje emocje i je zaakceptować. Nie katuję się za to, że czuję np. złość, tylko staram się znaleźć jej przyczynę, bo ona może sygnalizować, że ktoś przekroczył moje granice. Potrafię już sama siebie przytulić, zadbać o swoje potrzeby. Nadal miewam gorsze dni, jednak daję sobie czas i przestrzeń na wyzdrowienie. Wiem, że wciąż mam wiele do przepracowania, ale nie zamierzam się poddawać. Jestem pewna, że mogę robić wspaniałe rzeczy. Przekułam swoje doświadczenia w swoją moc i misję. Spełniam się, a tym samym spełniam marzenia małej Weroniki – zmieniam świat i pomagam innym. To dodaje mi wiele sił, gdy jest mi trudniej.