Udostępnij artykuł:

Trudności ze zdrowiem psychicznym zaczęły pojawiać się u mnie w dość wczesnym dzieciństwie. Kiedy miałam 7 czy 8 lat objawiały się zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. To były natrętne myśli, także na punkcie religijnym, ale też np. obsesyjne mycie rąk. Cały czas przepełniona byłam trudnym do wytłumaczenia lękiem. Moja rodzina nie miała wiedzy na temat psychologii, wszyscy liczyli na to, że to z czasem po prostu samo przejdzie. I tak się w sumie stało. Ale zaburzenia wróciły pod inną postacią. 

W wieku 12 lat zmieniłam szkołę. Rówieśnicy zaczęli mnie nękać. Słyszałam od nich, że jestem głupia, gruba, brzydka. Sama borykałam się z trudnościami na tle samoakceptacji, a to jeszcze bardziej wpłynęło na moją samoocenę i zdrowie psychiczne. Nauczyciele być może nawet zwrócili na to uwagę, ale nie reagowali. Z tym poczuciem, że jestem gorsza od innych poszłam do gimnazjum. Znalazłam tam grupę ludzi, z którymi nawiązałam bardzo bliską przyjaźń. Problem w tym, że przyjęłam na siebie ich kłopoty i wzięłam odpowiedzialność za ich dobrostan, kompletnie nie przejmując się swoim samopoczuciem. Nie umiałam stawiać granic, dbać o swoje uczucia. Ten brak asertywności doprowadził mnie w wieku 14 lat do depresji i pogłębienia się zaburzeń lękowych. 

Poza typowymi objawami jak przygnębienie, zmęczenie, przede wszystkim cierpiałam z powodu migren. Miałam je codziennie. Byłam tak przemęczona, że potrafiłam spać kilkanaście godzin na dobę. Gdyby to było możliwe spałabym cały czas. To trwało dwa lata. Chodziłam do lekarzy pediatrów i internistów, miałam robione różne badania, rezonans i tomografię komputerową głowy, ale nic w tych badaniach nie wychodziło. Odsyłano mnie z niczym. Lekarze radzili, żebym zdrowo się odżywiała, chodziła na spacery i regularnie się wysypiała, a wszystko będzie dobrze, bo „nastolatki tak mają”. 

Zaczęłam naukę w liceum i to był fantastyczny czas. Miałam super szkołę, świetnych nauczycieli, wielu wspaniałych nowych ludzi wokół. Naprawdę nie miałam na co narzekać, a mimo czułam się tak samo źle, a nawet gorzej niż wcześniej. Wtedy po raz pierwszy zauważyłam u siebie myśli samobójcze. To przeraziło mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć po pomoc psycholożki szkolnej, ona z kolei skierowała mnie na psychoterapię. Sama już wtedy pogodziłam się z myślą, że potrzebuję pomocy, ale moim największym lękiem było to, jak zareagują rodzice. 

Psycholożka uratowała mi życie

Psycholożka szkolna zaproponowała, że to ona z nimi porozmawia, żebym nie musiała mierzyć się z ich pierwszą reakcją. To było faktycznie super rozwiązanie. Mama wróciła do domu i powiedziała po prostu: „Zapisujemy cię do psychoterapeuty”. Ta psycholożka uratowała mi życie – gdybym nie zrobiła tego pierwszego kroku i nie zapukała do jej drzwi, moja historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. 

W trakcie terapii okazało się, że niezbędne będzie włączenie leków. Tak trafiłam do psychiatry, postawił diagnozę: zaburzenia depresyjne i lękowe. Kilka lat później doszła do tego diagnoza zaburzenia osobowości.  

Miesiące po rozpoczęciu leczenia były dobre, ale potem nastąpił nawrót myśli samobójczych, doszły samookaleczenia. Pamiętam tę lekcję matematyki. Wyszłam z klasy z myślą, że się zabiję. Na schodach spotkałam tę samą psycholożkę, która wysłała mnie na terapię. Zauważyła, że coś się dzieje i zaprosiła mnie do swojego gabinetu. Gdybym jej wtedy nie spotkała i nie otrzymała wsparcia, moje życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej. Nie zbagatelizowała mojego stanu, zadzwoniła do moich rodziców. Wtedy pierwszy raz trafiłam do szpitala psychiatrycznego na oddział dla młodzieży. 

Czy się bałam? Zdecydowanie. Pamiętam, że mama dopytywała, czy nie mogłabym trafić na oddział otwarty i wracać do domu na noc, ale lekarka nie zgodziła się ze względu na zagrożenie życia. Spędziłam tam dwa miesiące i muszę przyznać, że pobyt w szpitalu psychiatrycznym bardzo pomógł mi w walce o moje zdrowie psychiczne. Zmienił moje myślenie o sobie samej. Terapia, kontakt z lekarzami, ale przede wszystkim wsparcie innych pacjentów – to wszystko było dla mnie ważne. Mieliśmy taki żart, że jak przychodził nowy pacjent, pytaliśmy „za co tu jesteś”, lekarze poprawiali nas, że nie „za co”, ale „dla siebie”. Jadąc do szpitala, nie byłam tak smutna, jak wtedy, kiedy z niego wyjeżdżałam. Ryczałam wręcz z emocji, bo wiele tam doświadczyłam i zostawiłam za sobą. Ten pobyt naprawdę był dla mnie przełomowy, dał mi dużą samoświadomość, zmienił myślenie o leczeniu. Wcześniej bałam się o tym mówić, od tego czasu rozumiem, że problemy ze zdrowiem psychicznym to nie jest powód do wstydu. 

Mały gest może zaważyć na życiu

Kilka miesięcy po pierwszym pobycie w szpitalu, mój stan ponownie się pogorszył. Miało to też związek z moim uzależnieniem od marihuany. Miałam 17 lat, rozstałam się z pierwszym „poważnym” chłopakiem, wyprowadziłam się z domu i podjęłam pracę. Dużo rzeczy się na siebie nałożyło. To palenie na początku wydawało mi się niewinne, ale z czasem urosło do dużego problemu. Na początku paliłam, żeby zasnąć i się wyciszyć, zmniejszyć lęki, a potem zaczęłam znajdować różne wymówki, żeby palić codziennie. Tłumaczyłam sobie, że dzięki temu jestem bardziej kreatywna i dostanę się na reżyserię. W efekcie po kilku miesiącach jarania wpadłam w ciężką depresję. To nie jest tak, że paliłam latami, wystarczyło kilka miesięcy – nie miałam siły wstać z łóżka, na niczym mi nie zależało, żyłam w totalnym syfie… Przyjaciele zauważyli, że mam problem, ale ja to bagatelizowałam. Nie połączyłam tego, że silny epizod depresyjny związany jest z paleniem marihuany. Tłumaczyłam sobie, że tylko ona mi pomaga. Po jakimś czasie opowiedziałam o tym, co się dzieje znajomej osobie, która wiedziała dużo o uzależnieniach. Zaprowadziła mnie na terapię dla uzależnionych. Bez tego wsparcia nie byłabym w stanie sięgnąć po pomoc, a na pewno nie tak szybko. Taki mały gest, jak ten, że ktoś powie ci, że o tej konkretnej godzinie masz być tu i czeka na ciebie przed gabinetem, może zaważyć na czyimś zdrowiu. Po miesiącu terapii przestałam palić. Odstawienie dużo mnie kosztowało. Dziś, gdy piszę te słowa, mija 880 dni odkąd nie palę marihuany, ale wciąż jestem osobą uzależnioną i muszę na siebie uważać. 

Ostatni raz w szpitalu byłam w 2022 roku. Moje pobyty były różne, nie zawsze to tak dobre doświadczenia, jak za pierwszym razem, ale nauczyły mnie brania za siebie odpowiedzialności. Długo uczyłam się umiejętności sięgania po pomoc, bo nie wierzyłam, że na nią zasługuję. Potrafiłam być wsparciem dla innych, ale nie umiałam skorzystać z pomocy innych. To był proces, który mógł wydarzyć się, bo przyjaciele, bliscy i rodzina nie zostawiali mnie w trudnych momentach. Gotowali i sprzątali mieszkanie, gdy nie miałam na to siły. Dotarło do mnie, że warto walczyć o życie i zdrowie także dla nich.  

Jeśli miałabym coś przekazać innym, którzy są w podobnej do mojej sytuacji, to powiedziałabym: nie bój się prosić o pomoc. Sięganie po pomoc to nie jest powód do wstydu, wręcz przeciwnie, to pokazanie swojej siły.